Noc była wyjątkowo mroźna jak na jesień. Wszędzie była mgła, która skutecznie ograniczała widzenie. Na ulicach roiła się od przebierańców. Dzieciaki śmiały się i bawiły. Chodziły od domu do domu, by zbierać cukierki. Tylko Lily szła przed siebie, nie patrząc za siebie. Łzy spływały jej po bladych policzkach. Nie mogła zrozumieć. Nie mogła zrozumieć, dlaczego jak ktoś się w końcu nią zainteresował, musiał okazać się takim dupkiem. Potraktował ją tak jak jej matka, pozwoliła się traktować przez facetów. Więc tylko tyle była warta? Tylko na to zasługiwała ? Nawet nie udawał, że mu zależy. Nawet się nie postarał. Czy miała napisane na czole ,, Zaciągnij mnie po 5 minutach rozmowy do łóżka." ? Skręciła o jedna uliczkę wcześniej. Gdy doszła do domu, do którego zamierzała dojść, zapukała w wielkie drzwi z białego, bardzo starego drewna. Otworzyła jej kobieta, o jasnej karnacji. Jej blond włosy spięte były w zadbanego koka. Kobieta miała niebieskie oczy i spokojny, wszystko wiedzący wyraz twarzy. Ubrana była tak jak zwykle. Jej spódnica sięgała do kostek, ciemna bluzka miała kilka warstw, a sweter ozdobiony był różnymi pentagramami. Kobieta była uważana za dziwaczkę, ale wszyscy ją lubili. Jest bardzo ekscentrycznie nastawiona do nowych osób w miasteczku.
- Mój boże... - westchnęła Avery Blackwell, babcia Lily Jones - dziecko wchodź, zaraz zmarzniesz.
Następnego dnia
Damon siedział w salonie przed dziesięcioma otwartymi książkami. Wciąż nurtowała go sprawa pięknej anielicy. Jakim cudem hipnoza na nią nie podziałała? Pytał siebie po raz tysięczny. Czym była ? Bo to, że była człowiekiem było niemożliwe. Zwykłego człowieka od razu dałoby się zahipnotyzować... Ale na nią to nie działało.
- Powodzenia w szkole - powiedział rozbawiony Damon do brata. Mimo, iż oboje tyle razy byli w szkole, on nadal się w to bawił.
- Ta, dzięki - powiedział Stefan, nie zważając na rozbawiony ton swojego brata. zawsze tak do niego mówił. Jak nie sarkastycznie to ironicznie. - Postanowiłeś się, w końcu, czegoś nauczyć czy szukasz czegoś konkretnego ?
Damon zmierzył Stefana podejrzliwym spojrzeniem. Nie ufał mu zbytnio, mimo, że był jego jedyną rodziną i rodzonym bratem. Nikomu nie ufał. Życie nauczyło go, źe jeżeli chcesz żyć, musisz być zdany na siebie. Stwierdził jednak, że brat może mu się na coś przydać.
- Szukam czegoś na temat hybryd...
- Hybryd ? - zdziwił się Stefan.
- Ale nie takich zwykłych hybryd. Chodzi mi o połączenie człowieka i wampira, albo człowieka i wiedźmy. W każdym bądź razie coś związanego z człowiekiem. - powiedział gestykulując. Stefan spojrzał na mnie z nie małym zdziwieniem.
- To coś takiego istnieje ?
- Właśnie tego próbuje się dowiedzieć - Damon wywrócił oczami - Ale tu nic nie ma - westchnął zrezygnowany, zamykając z hukiem książkę - W tamtych też nic nie ma - wskazał stos leżący obok. Stefan oparł się o oparcie fotela.
- No dobrze - westchnął Stefan, kładąc delikatnie torbę z książkami - Ale o co dokładnie chodzi ? Skąd ci te mieszanki do głowy wskoczyły ?
- Chodzi, mój drogi bracie - zaczął sarkastycznie Damon - o istotę, która wygląda jak człowiek, ale jest odporna na działanie wampirów - dokończył ze znudzeniem. Stefan wciągnął powietrze. Już miał coś powiedzieć, gdy jego starszy brat dopowiedział:
- Zanim powiesz... bez werbeny.
- Ale to niemożliwe... Coś takiego nie może istnieć, więc czemu się zastanawiasz ?
- Hmmm... - Damon udawał, że się zastanawia - ... może dlatego, że to nie istniejące coś wczoraj mnie spoliczkowało. Jak na coś co nie istnieje ma dużo siły - rzucił sarkastycznie, łapiąc się za policzek.
- To zmienia postać rzeczy - powiedział z zastanowieniem młodszy Salvatore. - Jesteś na sto procent pewny, że nie miała ze sobą werbeny. We krwi..?
- Jestem pewny. Po tylu latach wyczułbym werbenę we krwi. Szczególnie jeżeli pachnie tak intensywnie - powiedział z delikatnym uśmiechem. - Poza tym nie miała biżuterii, do której dałoby się ją upchnąć. Sprawdziłem to. Chętnie sprawdziłbym czy jej nie ma w bardziej intymnej części jej garderoby... - mruknął z łobuzerskim uśmiechem. Stefan znowu wziął powietrze, żeby zapytać o coś jeszcze, ale brat znowu go uprzedził.
- Nie, nie powiem ci kim ona jest - powiedział ze znudzeniem Damon, wywracając przy tym swoimi błękitnymi oczyma. - Nie będziesz jej ostrzegał, ani chronił. Sam się dowiem czym jest i to ja ją zdobędę. - dodał gniewnie. - Ale to jutro.
Szybko wstał z fotela i ruszył ku drzwiom.
- Dokąd idziesz - zapytał Stefan
- Przejść się, później może pójdę do baru. - powiedział Damon. - A ty idź do szkoły i później odrób lekcje, poucz się. - dokończył z rozbawieniem. Jak on lubił droczyć się ze swoim bratem.
Szkoła, praca, dom, szkoła, praca, dom... Ciągle powtarzająca się mantra. Tak właśnie wyglądało życie Lily. Nienawidziła żadnego z tych miejsc. Szkoły, dlatego, że nie była ani Eleną, ani Caroline. Ludzie jej zwykle nie zauważali. Nikogo nie obchodziła. Najlepszym dowodem była reakcja na śmierć rodziców Eleny i na śmierć Jake'a. Umarli w podobnym czasie, jednak wszyscy pocieszali Elenę i Jeremego, nauczyciele dawali im taryfę ulgową, gdy ona musiała radzić sobie sama. Ledwie parę osób złożyło jej kondolencje. Głównie koledzy Jake'a. Nikt się nią nie przejmował. Podobnie było ze śmiercią ojca Lily. Zginął postrzelony, jako policjant. Ale została im przecież matka. Po co się przejmować ? Domu nienawidziła. Tego domu w ogóle nie można było nazwać domem. Dom każdemu kojarzy się z ciepłem i rodzinną atmosferą, obiadami mamy. Jednak ona kojarzyła to miejsce ze wszystkimi krzywdami jakie doświadczyła. Prawie całkowitą nieobecnością ojca, kochankami mamy. To właśnie jej brat zamiast się z nią kłócić i wygłupiać zastępował jej oboje rodziców. Za co nienawidziła pracy? Za to, że niektórzy, którzy tam przychodzą to świnie. Patrzą się ci w dekolt, klepali w tyłek itp. Nienawidziła tego jak swojej matki, za którą o to wszystko obwiniała. Ale cóż, rachunki się same nie zapłacą.
- Spóźnieni ? - zapytał z rozbawieniem Josh, mój i Matta szef. Josh jest bardzo wyluzowany..... i zabawny. Josh to starszy pan, którego żarty nigdy się nudzą.
-Sorry, Josh - powiedział chłopak, łapiąc oddech.
- Smith chciał przepytać młodego Gilberta, więc zatrzymał całą klasę na przerwie. Matt na mnie czekał - powiedziałam na jednym wdechu, uśmiechając się na końcu.
- Spoko dzieciaki. Mamy tu niezły bajzel. Klienci mnożą się jak ryby w morzu - powiedział spokojnie mężczyzna, drapiąc się w głowę. Lily i Matt wymienili spojrzenia i jednocześnie wybuchnęli śmiechem. Josh patrząc na nich, nie wiedział o co im chodzi, lecz po chwili sam wybuchnął śmiechem.
- Lily zastąp Rebeccę przy kasie - powiedział, gdy się już uspokoili. Rebecca to bardzo miła starsza pani, żona Josh'a.
- Aj, aj kapitanie - zasalutowałam i ruszyłam w kierunku kasy. Gdy Rebecca mnie zauważyła, uśmiechnęła się i poszła w stronę zaplecza. Lily szybko związała firmowy fartuch i już przyjmowała zamówienia. Po godzinie usłyszała, dzwonek oznajmiający przyjście kolejnego klienta. Gdy odwróciła się w stronę drzwi, nie mogła uwierzyć własnym oczom. Do baru wszedł nie kto inny jak Damon Salvatore. Gdy ja zobaczył usmiechnął się.
- Cóż za spotkanie. - usłyszała głos bruneta.
- Raczej nie przyjemny zbieg okoliczności - warknęła w odpowiedzi. Damon wywrócił oczami.
- Dalej jesteś na mnie zła ? - zapytał z mina niewiniątka. Dla Lily szala się przelała.
- Postawmy sprawę jasno - odwróciła się w jego kierunku - NIE JESTEM zabawką, NIE JESTEM pierwszą lepszą dziewczyną, która rzuca się na każdego napotkanego faceta, NIE BĘDĘ dawać sobą pomiatać NIKOMU. Zrozumiałeś ? - spytała patrząc na niego morderczym wzrokiem.
- Tak skarbie - zaczął Damon, lecz widok wzroku dziewczyny, poprawił się - ...Lily. Przyszedłem tu zapić swoje smutki, bo tak strasznie mi przykro. Powinienem był wczoraj tak dużo nie pić.
- Kłamiesz - stwierdziła Lily. - Po pierwsze za bardzo ci przykro. Po drugie wyczułabym od ciebie alkohol, gdybyś go wypił choć odrobinę więcej niż jeden kubek ponczu - skończyła z wszystko wiedzącym uśmiechem.
- Cholera.. - mruknął Damon - jak pies policyjny - dziewczyna spojrzała na niego krzywo. - Przepraszam no..! Założyłem się z bratem. On wygrał, ty wygrałaś, a ja przegrałem. W to Lily była mu skłonna uwierzyć. Westchnęła głęboko.
- Wybaczysz mi?
- Zobaczymy. - powiedziała po chwili. - Ale przestań już tak trzepać tymi rzęsami.
Damon został w Grillu prawie aż do zamknięcia. Podobały mu się rozmowy z Lily, kiedy było nieco mniej ludzi i przyglądanie się jej jak pracuje, kiedy miała urwanie głowy. Była taka…inna. Starała się i to bardzo, chociaż ta praca zapewne była daleka od jej wymarzonej… Ze spokojem wysłuchiwała problemów klientów i zawsze starała się im coś doradzić czy pomóc. Była taka… dobra. Dla wszystkich. Po ich dzisiejszej rozmowie wiedział że ma dziewczyna charakterek, ale wybaczyła mu, a przynajmniej na to wyglądało. Rozmawiała z nim normalnie, gdy tylko miała czas. Była… fascynująca. Tak, to najlepsze określenie, które zamykało w sobie wszystkie rzadko spotykane cechy panny Jones.
Damon wyszedł dobrze po północy. Miał iść do domu, ale postanowił że najpierw wpadnie do szpitala kilka przecznic dalej po parę worków z krwią, która notabene już mu się kończyła. Właśnie pakował świeżą krew do samochodu, gdy usłyszał w oddali czyjś krzyk.
- Aaaaaa! Puść mnie! Puszczaj! Słyszysz?! Zostaw mnie!
Natychmiast rozpoznał znajomy kobiecy głos. Zaniepokojony spojrzał w stronę z której dochodził i w ciemności zobaczył Lily szarpiącą się z jakimś mężczyzną. Błysnęły białe kły, a w Damonie coś zawrzało. W mgnieniu oka znalazł się obok nich ledwo panując nad instynktem.
Dziś była kolej Lily żeby zamknąć bar. Wychodziła właśnie tylnym wyjściem żeby po drodze wyrzucić worek ze śmieciami. Na zewnątrz było całkiem ciemno. Chciała zapalić światło, ale za nic nie mogła znaleźć włącznika. Postawiła więc worek na ziemi i zaczęła po omacku go szukać Usłyszała za sobą szelest. Odwróciła się, ale nikogo tam nie było. Zaśmiała się w duchu z samej siebie, że jest taka bojaźliwa. Wyczuła wreszcie pod dłonią włącznik i zapaliła światło. Odwróciła się po worek, ale jego tam nie było. Zamiast niego stał tam dość niski, szczupły mężczyzna. Lily znała go. To był Mike Flower, jeden z byłych facetów jej matki i prezenter lokalnej telewizji, jednak teraz wyglądał inaczej, bardziej diabolicznie i nie patrzył już na nią jak na piąte koło u wozu tylko jak… Jak na coś do zjedzenia?
Lily nie zdążyła się nawet zastanowić gdzie uciekać, a już była przyparta do zimnej ściany. Krzyczała, wyrywała się, ale to nic nie dało. Mężczyzna przybliżył się jeszcze do niej. W ciemności rozproszonej jedynie nikły, migoczącym światłem starej żarówki błysnęły śnieżnobiałe kły.
Nagle znikąd pojawił się Damon.
- Prosiła żebyś ją puścił – warknął, jednak Mike zdawał się nic sobie z nie rozbić z jego słów. Z łatwością odrzucił go na kilka metrów.
Z ust Lily wyrwał się przerażony pisk. Zamknęła oczy drżąc z przerażenia.
Po chwili niespodziewanie łapska Mike'a wypuściły ją z uścisku. Coś runęło na podłogę. Dziewczyna otworzyła oczy i rozejrzała się naokoło. Mike leżał na brudnym betonie z deską wbitą w pierś. Naokoło niego była kałuża krwi, a jego ciało wyglądało jakby już było w dość wysokim stanie rozkładu. Zasłoniła sobie usta rękami obawiając się, że kolejny przerażony pisk wyrwie się z nich. Spojrzała na drugą stronę. Stał tam mężczyzna z pozoru podobny do Damona, jednak ten ją przerażał.
Damon był wściekły. Oddychał głęboko jakby starając się stłumić swój gniew. Przypominał bardziej zwierzę z obnażonymi kłami niż człowieka. Patrzył na nią, ale jego oczy… Przerażały ją. Widziała już je kiedyś. Nie dokładnie takie same, ale równie diaboliczne jednak zarazem pełne troski. Z jedną różnicą, że tamte były piwno-brązowe, a nie ciemnoniebieskie. Nie pamiętała skąd je znała, ale kojarzyły jej się z rześkim, górskim powietrzem i strachem. Strachem o własne życie.
Damon był wściekły. Oddychał głęboko jakby starając się stłumić swój gniew. Przypominał bardziej zwierzę z obnażonymi kłami niż człowieka. Patrzył na nią, ale jego oczy… Przerażały ją. Widziała już je kiedyś. Nie dokładnie takie same, ale równie diaboliczne jednak zarazem pełne troski. Z jedną różnicą, że tamte były piwno-brązowe, a nie ciemnoniebieskie. Nie pamiętała skąd je znała, ale kojarzyły jej się z rześkim, górskim powietrzem i strachem. Strachem o własne życie.
Lily patrzyła na mężczyznę cała trzęsąc się ze strachu.
- Czym ty, do cholery jesteś?! – wrzasnęła przerażona.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz