wtorek, 23 czerwca 2015

Rozdział 6

Zima w tym roku zaczęła się wyjątkowo wcześnie. Mimo iż był dopiero drugi dzień grudnia  w Mystic Falls  już spadł śnieg. Lily przyglądała się ośnieżonym domom i ulicom  przez okno w jednej ze szkolnych sal. W klasie panował ogromny chaos i hałas. Spowodowane to było oczywiście brakiem obecności nauczyciela. Niesamowite jest to, że bez względu na wiek uczniowie pod nieobecność nauczyciela zachowują się tak samo. Przekrzykują się nawzajem, obrzucają papierowymi kulkami i ogólnie zachowują się jak zwierzęta, konkretnie małpy. Klasa Lily wcale nie różniła się od innych. Wszyscy rozmawiali o imprezie u Tylera Lockwooda, która miała się odbyć za tydzień. Wszystko zaczęło się zmieniać. Zaczęła powoli tracić swoją anonimowość. Dziś Elena na lunchu zawołała ją żeby z nimi usiadła i już wtedy dziwnie się na nią gapili. Bo co nic nie znaczącą Laska-Od-Zadania-Domowego mogła robić przy stoliku z cherleederkami? To było niedorzeczne. Bonie co prawda nie miała z tym problemu, bo ich babcie się przyjaźniły, a one same się dość dobrze znały, ale pozostawała kwestia Caroline. Lily była pewna, że ktoś tak popularny i co tu dużo mówić "barbiowaty" na pewno jej nie polubi i będzie miała pretekst żeby wrócić do swojego miejsca w rogu stołówki, do stolika dla kujonów którzy i tak z nią nie rozmawiali, bo była dla nich za głupia, jednak Caroline mimo swojego czasem irytujacego optymizmu okazała się być całkiem w pożądku, podobnie jak Elena. Całkiem nie źle się dogadywały w czwórkę. Dziewczyny zaproponowały jej nawet żeby poszła razem z nimi na tą imprezę u Tylera. "W grupie zawsze raźniej" argumentowała Caroline.
Lily obiecała dyplomatycznie, że się zastanowi i gdy zadzwonił dzwonek udała się na lekcję by powrócić do swojego prawdziwego życia Panny Nikt, które w sumie nigdy jej za bardzo nie przeszkadzało. Jednak już nie było jak dawniej. Na W-Fie chłopakom wypadła piłka i poturlała się obok czytającej książkę na ławce Lily. Dziewczyna często miała zwolnienie ponieważ to był jedyny czas który mogła poświęcić dla siebie, więc często też siedziała na ławce, a co za tym idzie takie sytuacje się zdarzały, jednak zazwyczaj wołali coś w stylu "Ej, ty! Podasz?!", albo  ewentualnie "Te, blondyna! Piłka!". Tym razem natomiast zwrócili się do niej po nazwisku. Była zaskoczona. Była zaskoczona tym, że je w ogóle znali i była zaskoczona, że wysilili się żeby je sobie przypomnieć. Ale jeszcze bardziej się zdziwiła, gdy jedna ze szkolnych gwiazdeczek pytając się jej czy wie co z ich nauczycielem od historii zwróciła się do niej po imieniu. Na dodatek była miła. Robiło się serio dziwnie...
Jednak Lily starała się od tego odciąć, nie myśleć o tym. Nie lubiła zmian i nie chciała dopuścić do siebie myśli, że zmiany już się zaczęły, na dodatek miała  przeczucie, że to dopiero początek. Starała się więc skupić ponownie na książce, która zaczęła czytać na W-Fie, ale krzyki w klasie uniemożliwiały jej to skutecznie. Westchnęła tylko głęboko i zrezygnowana zamknęła książkę. Rozejrzała się po klasie. Wszystko było całkiem zwyczajne, jednak w ostatniej ławce pod oknem zauważyła jakąś dziewczynę której raczej jeszcze nie widziała. Nie wyglądała jej jednak na przerażoną jak to zwykle dzieciaki w pierwszym dniu w nowej szkole, ale raczej na znudzoną. Lily dobrze wiedziała, że to nie potrwa długo. Siedziała w ławce Monice, która dopiero co (jak zwykle spóźniona) weszła do klasy i skierowała się w stronę nowej. Lily przez hałas nie usłyszała co cherleederka powiedziała nowej dziewczynie, ale ta zabrała swoje rzeczy i ze wzrokiem wzniesionym do góry jakby błagającym o więcej cierpliwości oddaliła się od zadowolonej Monicy. Dziewczyna rozejrzała się na około i z kilku wolnych miejsc postanowiła wybrać to koło najmłodszej wiedźmy z rodu Blackwellów.
- Jest tu może wolne? - spytała uprzejmie.
- Tak się złożyło, że owszem - odparła Lily. - Jesteś  tu nowa, prawda?

- Tak - westchnęła. Po jej minie widać było od razu, że szkoła zdążyła dać jej się we znaki. - Jestem Lucy.
- Lily - przedstawiła się również blondynka z delikatnym uśmiechem.
Lucy również się rozpogodziła. Otworzyła usta żeby coś jeszcze  powiedzieć, ale drzwi do klasy się otworzyły i do środka wparował zdyszany mężczyzna z teczką pod pachą i jakimiś papierzyskami w dłoniach. Wyglądał na okolice czterdziestki. Ubrany był całkowicie zwyczajnie; berzowo-brązowa koszula w kratę z odpietymi kilkoma pierwszymi guzikami, nieco przetarte w niektórych miejscach jeansy i nie rzucające się w oczy półbuty . Ot całkiem przystojny, zapracowany facet w średnim wieku.
- Pani dyrektor zatrzymała mnie na chwilę, a potem trochę się zgubiłem, ale już jestem - wysapał rzucając wszystkie swoje rzeczy na nauczycielskie biurko.
- Nazywam się Alaric Salzman - oznajmił jednocześnie pisząc swoje imię i nazwisko na tablicy. - I będę was uczył historii za pana (jakiegośtam). Wiem, że przy moim nazwisku łatwo połamać język, ale myślę, że dacie radę- podsumował, po czym dowiedziawszy się na czym skończyli materiał z poprzednim nauczycielem zaczął  omawiać kolejny temat.
Lily nie mogła się skupić na lekcji, choć Pan Salzman mówił naprawdę ciekawe rzeczy. Jednak ona po prostu nie potrafiła. Siedziała w ławce patrząc się w zeszyt i określiła od niechcenia ołówkiem po kartce, myśląc nad tym co mówiła jej babcia. Przez cały weekend uczyła ją czarów, ale też i tłumaczyła jej jaka powinna być czarownica z Blackwellów. Mówiła, że wampiry to największe zło tego świata, że to wynaturzenie, że wszystkie stworzenia jak ludzie, wiedźmy czy wilkołaki rodzą się, żyją i umierają, a wampiry wiecznie trwają w postaci z dnia swojej przemiany, a to zaprzeczenie wszystkim prawom natury na których straży stoją właśnie czarownice . Lily nie chciało się wierzyć, że wszystkie wampiry są aż tak okropne jak mówiła babcia. Przecież nie można wszystkich chować do jednego wora. Ludzie też są okropni, ale są też tacy którzy są naprawdę wspaniali, jak na przykład Matt. Był naprawdę najlepszym co ją w życiu spotkało. Był taki pracowity, zawsze uśmiechnięty, nie wyższał się mimo, że mógłby, w końcu był kapitanem szkolnej drużyny mógłby być popularny i uwielbiany, a jednak on wolał spędzać czas z nią i swoją siostrą, Vicky. Opiekował się nimi. Był naprawdę wspaniały. Lily już jakiś czas temu zauważyła, że to co do niego czuje nie jest tylko przyjaźnią i bratersko-siostrzaną miłością. To było zdecydowanie coś więcej. Szkoda tylko, że nie umiała mu tego pokazać. Powiedzenie mu o tym też nie wchodziło w grę. Lily nie umiała mówić o swoich uczuciach, była na to zbyt zamknięta w sobie.
Jednak wracając do wampirów jej teoria mówiąca, że istnieją dobre wampiry niestety bledła w świetle ostatnich wydarzeń. Nawet po Damonie nie spodziewała się takiego świństwa. A może to było do przewidzenia? Sama już nie wiedziała co o nim myśleć, choć była świetnym obserwatorem i znała się na ludziach, praktycznie od razu potrafiła kogoś scharakteryzować i w pewnym stopniu przewidzieć do czego jest zdolny, ale z nim miała problem. Z tym wampirem było trochę tak jakby było ich dwóch. Jeden udawał twardziela, choć tak naprawdę kryły się w nim uczucia. To właśnie ten Damon próbował ją do siebie przekonać w Grillu i uratował ją przed Mike'm. To właśnie temu czarownica była gotowa zaufać. Ale istniał też drugi Damon. Ten drugi był znacznie gorszy. Nienawidził ludzi, gardził nimi, czuł się lepszy od wszystkich i był gotowy poświęcić wszystko i wszystkich dla osiągnięcia swoich celów. To właśnie ten Damon wrzucił ją jak zwierzę do bagażnika i szantażował jej babcię nią samą.
Chciała wierzyć że ten pierwszy jest tym prawdziwym, a ten drugi z czasem zniknie. Chciała się o tym przekonać, z nieznanych jej powodów chciała spędzić więcej czasu z tym lepszym Damonem, jednak bała się, że w najbardziej nieoczekiwanym momencie pojawi się ten drugi i skrzywdzi ją i jej bliskich, poza tym nie chciała zawieść babci, która dała jej tyle miłości, której nigdy nie dostała od matki. A dziedzictwo Blackwellów? Babcia mówiła jej, że jeśli okaże się, że jej moc jest choć w połowie tak duża jak jej się wydaje to będzie kontynuować tradycję wiedźm z (nazwa) i będzie służyć Klausowi swoją mocą. Babcia opowiadała jej,  że służba u Klausa jest największym zaszczytem. Z tego co zdążyła zauważyć  nie zanosiło się na to, że Pierwotny i bracia Salvatore się polubią. Tym bardziej zadawanie się z nimi nie było dobrym pomysłem. Chociaż zaczynała wierzyć, że Stefan nie miał nic wspólnego z szantażem i zaczęła go lubić, a Damon wydawał się na ogół być całkiem znośny. Nie chciała stanąć przed wyborem przyjaciele kontra rodzina.
Kreski jak zwykle gdy nie myślała co robi  u formowały osobliwe drzewo, dąb, który wyglądał jakby trafił piorun i rozdzielił go na dwie części z których każda zdawała się żyć własnym życiem a z tą drugą dzieliła tylko korzenie. 
Znalezione obrazy dla zapytania nemeton drawingZawsze zastanawiało ją to dlaczego rysuje zawsze takie samo drzewo, gdy nie rysuje nic konkretnego.
- Panno Jones. Panno Jones... - wyrwał ją z rozmyślań głos Alarica Salzmana. Spojrzała wciąż jeszcze nie do końca przytomnie w stronę biurka.
- Nie uważa Pani.
- Umm... Tak, przepraszam - powiedziała cicho przepraszającym tonem głosu.
Nauczyciel podszedł do niej spoglądając przez ramię chcąc najwyraźniej się dowiedzieć co zaprzątało jej uwagę. Lily czuła jak ze wstydu płonie rumieńcem. Spuściła wzrok.
- Zostanie pani chwilę po lekcjach - oznajmił całkowicie zwyczajnym tonem po czym zabrał się za dalsze prowadzenie lekcji.
Gdy zadzwonił dzwonek cała klasa udała się do domów. Tylko Lily została. Spieszyła się. Za dziesięć minut zaczynała się jej zmiana w Grillu. Chciała to załatwić jak najszybciej.
- Ja przepraszam, Panie Salzman. Wiem, że zrobiłam fatalne pierwsze wrażenie. To się więcej nie powtórzy - zapewniła gdy tylko wszyscy opuścili klasę.
Mężczyzna przyglądał jej się przez chwilę marszcząc brwi jakby zupełnie nie rozumiał o czym ta dziewczyna do niego mówi.
- A! To - odezwał się nagle i uśmiechnął pogodnie. - Nie, nie... Nie o to chodzi. To, że ktoś nie uważa na lekcji to nic wyjątkowego. Chodzi mi o coś całkiem innego.
Nagle spojrzał na zegarek i skrzywił się.
- Za parę minut muszę być pod boiskiem. Mogę ci wyjaśnić wszystko po drodze?
Lily już miała powiedzieć, że się spieszy, ale stwierdziła, że byłoby to niegrzeczne, więc już po chwili szli przez już puste korytarze w kierunku drzwi wyjściowych.
- Spojrzałem na twój rysunek... - zaczął w dość szybkim marszu tłumaczyć mężczyzna. - Nie ukrywam, że nie znam się na malarstwie, ale mam chyba jakieś takie ludzkie poczucie estetyki, a ten rysunek naprawdę mi się spodobał.
Lily uśmiechnęła się delikatnie nieco speszona. Nikt poza Mattim nie oglądał jej rysunków i nikt poza nim ich nie chwalił, więc mogła sobie wmawiać, że tak je zachwala ze względu na ich wieloletnią przyjaźń, jednak pan Salzman jej wcale nie znał i pochwalił ją sam z siebie.
- Dziś rano pani dyrektor mówiła, że trzeba nam  uczniów którzy pomogliby przy dekoracjach na zbliżający się  mecz. Pomyślałem, że może mogłabyś pójść dziś albo jutro ze mną do pani Smith która koordynuje i nadzoruje mecze - wyjaśnił jej gdy wychodzili z budynku.
W dziewczynę uderzyło chłodne, rzeskie powietrze z podobną mocą jak ta propozycja. Nie wiedziała co ma powiedzieć. Owszem, lubiła rysować, ale od kąd umarł jej brat i spadło na nią więcej obowiązków nie rysowała zbyt często.
- Ja... Znaczy to bardzo miłe z pana strony, ale... nie wiem czy jestem wystarcząco dobra... - powiedziała zatrzymując się.
- Jak nie spróbujesz to się nie przekonasz - odparł pogodnie.
Lily uśmiechnęła się bez przekonania.
- Znasz go? - spytał nagle mężczyzna marszczac podejrzliwie brwi. Lily odwróciła się w stronę w którą patrzył jej nauczyciel. Na parkingu obok swojego auta stał Damon i przyglądał im się. Gdy zauważył, że na niego patrzy uśmiechnął się do niej jakby nigdy nic i czująco do niej pomagał. Czarownica westchnęła wywracając oczami.
- Niestety tak - mruknęła z niezbyt zadowolą miną.
- Coś nie tak? Pomóc ci jakoś? - spytał zaniepokojony Alaric patrząc na zmianę na Lily i Damona.
- Nie, nie trzeba. Poradzę sobie z nim sama  - odparła uprzejmie.
 - Dobrze. A więc jutro na drugiej przerwie idziemy do pani Smith? - upewnił się mężczyzna.
 - Właściwie czemu nie - wzruszyła ramionami. - Dowidzenia - rzuciła udając się w stronę centrum. Spojrzała na zegarek. Szesnasta dwadzieścia pięć. Miała pięć minut. Może jeszcze zdąży. Poza tym przez nią Matt wyjdzie później z pracy, a wiedziała, że jutro ma ważny sprawdzian i musi się przygotować. Udała więc się szybkim krokiem w stronę Grilla, a co za tym idzie centrum Mistyc Falls całkowicie ignorując przyglądającego się jej wampira. Zastanawiała się właśnie intensywnie czy może w jakiś sposób dotrzeć szybciej do Grilla gdy nagle usłyszała znajomy  męski głos.
- Czyżbyś mnie ignorowała, Skarbie?
Lily aż podskoczyła zaskoczona i odruchowo odwróciła się w stronę skąd odbiegał głos.
 - Nie musiałabym gdybyś odpuścił - oznajmiła chłodno. - Spieszę się.
- Tak, wiem. Masz zmianę w Grillu za... - wampir spojrzał na zegarek na ręku. - Za cztery minuty.
 - Skąd to wiesz? - Czarownica była szczerze zaskoczona.
Damon udał, że się zastanawia.
- Twoja szefowa podała mi twój grafik - odparł takim tonem jakby to, że namówił jej szefową żeby podała jej grafik było całkiem zwyczajne i naturalne, po czym posłał jej jeden z tych swoich swoich czujących uśmieszków.
- Świetnie... - westchnęła Lily wywracając oczami i ruszyła dalej szybkim krokiem w stronę baru w którym pracowała. Miała cichą nadzieję, że odpuści, jednak Damon poszedł za nią.
- Zdecydowanie przepracowywujesz się dziewczyno. Ze wszystkich pracowników pracujesz zdecydowanie najwięcej. Sprawdziłem też twoje świadectwa. Masz jedne z najlepszych wyników na twoim roczniku.  Nasuwa się aż pytanie czemu aż tak bardzo się starasz. Szkoła, praca. To cała masa obowiązków. Skoro już byłem przy świadectwach to przejżałem resztę  twoich papierów. Bardzo intrygujące. Ojciec zginął w Iraku, brat popełnił samobójstwo, a jednak ty masz nieskazitelną opinię i świetne świadectwa. Matka zarabia całkiem sporo jako sekretarka burmistrza, więc czemu tyle pracujesz?
- Daj mi spokój - powiedziała bałagalnym tonem głosu dziewczyna zatrzymując się. - Zostaw mnie w spokoju. Przez ciebie wszystko się zmienia. Ludzie na mnie zwracają uwagę, a ty sam rozgrzebujesz stare sprawy. Jest dobrze jak jest. Nie wpieprzaj się w moje życie - powiedziała całkiem poważnie.
- Już za późno - odparł łagodnie, a na jego ustach pojawił się delikatny uśmiech.
Lily westchnęła zrezygnowana. Słuchanie jego pytań naprawdę ją zmęczyło, a automatyczne opowiadanie na nie w duchu wywołujące nieprzyjemne wspomnienia doprowadziło ją niemal do płaczu.
- Choć, podwiozę cię do Grilla bo inaczej  za nic nie zdążysz.
- Damon, nie wsiąde do twojego samochodu - powiedziała z westchnieniem.
Jak grochem o ścianę. Ty mówisz "NIE", a on swoje.
- To co, mam cię tam zanieść? Nie wygłupiaj się i wsiadaj. Jesteś taka sumienna... Przecież chcesz zdążyć.
Młoda czarownica ponownie westchnęła zrezygnowana.
- Ale zabierzesz mnie bezpośrednio do Grilla i nigdzie indziej?
- A jak ci pozwolę jechać z przodu to w Grillu dostanę coś dobrego? - spytał z rozbrajającym uśmieszkiem obniżając częściowo swoje kły.
- Bardzo zabawne - zironizowała wywracając ponownie oczami. Po czym wraz z Damonem ruszyła do jego samochodu.
Nie zauważyli, że Alaric z obawy o swoją uczennicę przez cały czas im się przyglądał.

sobota, 20 czerwca 2015

Rozdział 5

Było około południa, kiedy w z pozoru całkiem zwyczajnym domu gdzieś w Mystic Falls rozległo się pukanie.
Znalezione obrazy dla zapytania maggie smith Avery Blackwell podeszła do drzwi by je otworzyć. Wglądała tak jak zwykle. Kręcone blond włosy miała upięte w niedbały kok, a ubrana była w elegancką, zwyczajną sukienkę. Zdecydowanie nie wglądała jak jedna z potężniejszych czarownica świecie. Wyglądała jak całkowicie zwyczajna, zadbana starsza kobieta, przykładna, kochająca babcia. Właśnie wybierała się do swojej przyjaciółki i sąsiadki, Sheili. Była pewna, że to jej wnuczka, Lily. Z uśmiechem na ustach nacisnęła na klamkę, otworzyła drzwi i jej oczom zamiast ukochanej wnuczki ukazał się wysoki, postawny brunet. Na oko mógł mieć dwadzieścia pięć lat. Uśmiechnął się do niej czarująco. Jednak wiedźmie na jego widok uśmiech zrzedł. Dobrze wiedziała kim on jest.
- Musimy porozmawiać, Avery - oznajmił opierając się nonszalancko o framugę drzwi. - Wpuścisz mnie?
- Wynoś się stąd - warknęła. Chwyciła za drzwi chcąc je czym prędzej zamknąć.
- Zaczekaj, moja droga... Myślałem, że uda nam się po dobroci, ale cóż... Mieli racje ci co mówili, że czarownice z Paney to twarde sztuki. Jednak słyszałem też, że nic nie jest dla nich ważniejsze niż rodzina - mówił rozluźniony.
- Gdzie ona jest? - syknęła coraz bardziej wściekła wiedźma.
- Ale kto? - spytał Damon udając że nie wie o czym do niego mówi.
- Lily - wycedziła przez zaciśnięte zęby, a Damon poczuł ból rozsadzający mu czaszkę. Jęknął łapiąc się za głowę. - Mów gdzie ona jest, wampirze!
- Negocjujmy - udało mu się wydukać przez ból ogarniający całe jego ciało. Nagle potworny ból zniknął tak szybko jak i się pojawił. Wampir wyprostował się.
- Oddam ci wnuczkę. Całą, zdrową i nietkniętą w zamian za kilka informacji.
Wiedźma przyglądała mu się dłuższą chwilę, a w jej błękitnych oczach kryła się nienawiść.
- Jakich informacji?
- Pogadamy jak mnie wpuścisz.
- Jaką mam pewność, że Lily żyje, a nie po prostu zabiłeś ją i teraz wyciągniesz ze mnie informacje?
- A więc dobrze. Pójdę po nią, ale dopóki nie odpowiesz na wszystkie pytania będzie siedzieć obok mnie i nie próbuj żadnych numerów, bo jeden ruch i ona zginie albo z mojej ręki, albo mojego brata - zagroził. Udał się do samochodu. Tam czekali Stefan i Lily. Młodszy brat Damona nie wyglądał na zadowolonego tym, że ten nie wtajemniczył go do końca w plan, ale wampir wiedział, że Stefan nigdy nie zgodziłby się na coś takiego.
- Jest w domu. Możemy iść - oznajmił brunet otwierając drzwi samochodu.
Stefan i Lily wysiedli i w trójkę ruszyli w stronę drwi wejściowych. Tuż przed wyżej wspomnianymi drzwiami Damon złapał niezbyt delikatnie Lily za ramię.
- Damon, puść mnie - zażądała zaskoczona dziewczyna.
- To jest właśnie mój plan - rzucił tylko wampir do swojego młodszego brata. Stefan nie zdążył zaprotestować bo drzwi się otworzyły, a w nich stanęła babcia Lily.
- O to i twoja wnuczka w stanie nienaruszonym. Jak obiecałem. A teraz ty dotrzymaj swojej części umowy.
- Babciu... - wszeptała dziewczyna nie rozumiejąc co się dzieje.
- W coś ty się wpakowała, Lily..? - westchnęła Avery z troską wymalowaną na twarzy. Następnie przeniosła spojrzenie na wampiry, a jej mina kompletnie się zmieniła. Teraz dobitnie wyrażała wściekłość, obrzydzenie i chęć mordu, które tak nie pasowały do tej z pozoru miłej i spokojnej staruszki.
- Wejdźcie - warknęła chłodno w stronę Damona i Stefana usuwając im się z drogi.
Starszy z wampirów uśmiechnął się pod nosem i cała trójka weszła do środka. Udali się za czarownicą do salonu.
- Lily, przysięgam, że o niczym nie wiedziałem... - szepnął Stefan do dziewczyny.
- Akurat - prychnęła zdenerwowana Lily.
- Niem wiedział. To był mój genialny plan. Tak jak mówiłem to nie ja jestem, tym lepszym bratem - prychnął rozbawiony ciągnąc Lily ze sobą do salonu. Usiedli ze Stefanem po obu stronach dziewczyny na kanapie. Nieopodal na fotelu usiadła Avery Blackwell .
- Posłuchaj mnie, wiedźmo... Interesuje mnie Klaus. Wiesz coś o nim, prawda? - zaczął Damon.
- A czemuż to cię zainteresował Klaus?
- Ja tu zadaję pytania. Więc zamilcz i odpowiadaj, jeśli nie chcesz zobaczyć jak twoja mała Lily umiera, albo co gorsza zostaje przemieniona w wampira... Chcę wiedzieć kim jest Klaus i czego może chcieć w Mistyc Falls.
- Nie wiesz kim jest Klaus? - Avery uśmiechnęła się delikatnie, jakby nie spodziewała się tak łatwego pytania. - Klaus to wampir nad wampirami. Pierwotny, jeden z sześciu pierwszych wampirów stworzonych przez pewną wiedźmę, która była również jego matką - odpowiedziała, jednak to nie było wszystko co wiedziała o Klausie. Wykorzystała to, że wampiry nie wiedzą o co pytają i ukryła kilka znaczących faktów dla samego Klausa i rodziny pierwotnych. - Nie mam pojęcia czego może od was chcieć, ale wiedzcie, że z Klausem nie ma targów. On zawsze dostaje to czego chce... - Jej ostatnie zdanie zabrzmiało jak jawna groźba.
- Jeszcze zobaczymy - odezwał się Stefan w którym aż krew zawrzała na myśl, że ten wampir chce zrobić Elenie krzywdę.
- No to świetnie. To mamy już ustalone. Bohater-Stefan znów będzie mógł ocalić świat i swoją dziewczynę - podsumował nieco sarkastycznie Damon. - A teraz przejdźmy do kwestii które mnie interesują... Powiedz mi czym ona jest. - Dodał wskazując wzrokiem na Lily.
- Jesteś aż taki głupi, wampirze? Skoro ja jestem czarownicom to kim może być moja wnuczka?
- Więc to prawda? Jestem czarownicą i ty też? A mama, czy ona...? - zaczęła Lily, ale starszy Salvatore jej przerwał.
- Dobrze, dobrze... Pogadacie sobie potem. Ja się pytam czym jest jeszcze poza byciem wiedźmą?
- Jest czarownicą i to wszystko. - odparła pewnie kobita z pokerową twarzą.
- Z tego co wiem to na wiedźmy działa hipnoza, a szczególnie na takie które nie wiedzą, że są wiedźmami, więc czemu na nią to nie działa? - naciskał Damon coraz bardziej zirytowany tym, że wiedźma stara się go wykiwać.
- Poję ją werbeną. Chyba znasz jej działanie, prawda?  - upierała się dalej przy swoim Avery.
- Myślisz, że bym tego nie wyczuł, głupia wiedźmo?! - wybuchnął nagle. Jego twarz zmieniła się ze spokojnej na wprost wściekłą, a w jego czach ukazała się dzikość jaką można było obserwować u wampirów tuż przed atakiem.  Chwycił nagle dziewczynę za włosy i odchylił jej głowę do tyłu.
- Damon! - Lily pisnęła przerażona, a Stefan natychmiast wstał żeby powstrzymać brata. Starszy wampir obnażył swoje kły przysuwając swoją twarz do jej szyi.
- Rusz się, bracie, a ją rozszarpię. Dobrze wiesz, że nie żartuję. A ty wiedźmo mów natychmiast czym ona jest, albo daj jej zabrać tą tajemnicę do grobu!
Nastała chwila ciszy w której Damon i Avery mierzyli się spojrzeniem jak para pokerzystów w czasie rozgrywki. Jedyne co było słychać to cichy szept Lily, który składał się na "Damon, proszę..."
- Krew wampira - wysyczała wreszcie przez zaciśnięte zęby czarownica.
- Krew wampira? - powtórzył Damon odczuwając się nieco od szyi zapłakanej dziewczyny, kiedy teraz na to spojrzał to to nie było zbyt dobre posunięcie, bo teraz to już go na pewno znienawidzi, jednak nie było niestety innego wyjścia. Nie z wiedźmą z Blackwellów. Z resztą właściwie dlaczego interesowały go w ogóle uczucia tej małej wiedźmy do niego?
- Wampiry i czarownice nienawidzą się od wieków. Jesteście całkowitym wynaturzeniem, a my zabijamy was kiedy tylko możemy, więc raczej sytuacja w której wampir daje czarownicy swoją krew by ją uratować nie mogłaby mieć miejsca, a jednak miała. Pewnego dnia Lily poszła na spacer z nianią. Spotkały jakiegoś wampira. Nie wiemy jak to się stało, ale ten wampir zabił jej nianię ją natomiast napoił własną krwią. Przez to jest odporna na działanie wampirów, a jej krew i ona sama jest dla was cudowniejsza niż inni ludzie.
- Innymi słowy jest dla wampirów taka jak wampiry dla ludzi? - upewnił się zaskoczony Stefan.
- Tak - odpowiedziała wiedźma.
Damon był zaskoczony. Nigdy by na to nie wpadł. Miał tylko nadzieję, że Lily uwierzyła, że Stefan nie miał nic wspólnego z jego planem, bo mogła się okazać przydatna w rozpoznaniu i pokonaniu Klausa. Wziął kilka oddechów. Spojrzał w jej zapłakane, błękitne oczy, pogładził jej jasne włosy i posławszy w jej stronę delikatny uśmiech mówiący "Spisałaś się" puścił ją.
Dziewczyna natychmiast zerwała się i uciekła jak najdalej od niego. Zatrzymała się dopiero przed schodami spoglądając na nich wszystkich. Damon widział po jej spojrzeniu, że się na nim zawiodła. I nie wiedzieć czemu na wskutek jej spojrzenia poczuł jakby ktoś wbijał mu kawałek drewna w pierś. Gdyby nie fakt, że Lily dopiero dzisiaj dowiedziała się, że jest wiedźmą pomyślałby, że to sprawka czarów.
Dziewczyna po kilku sekundach wbiegła po schodach do góry. W salonie nastała krępująca cisza.
Damon wstał, otrzepał spodnie z niewidzialne pyłu i klasnął lekko w dłonie.
- No, na nas już czas, braciszku. Miło nam było, Avery. Musimy to jeszcze kiedyś powtórzyć - przerwał ciszę, a jego głos był swobodny jakby kończyli miłą partyjkę Brydża.
Stefan wstał, a razem z nim starsza czarownica. Odprowadziła braci Salvatore do wyjścia. Jednak gdy Damon próbował zaraz za bratem opuścić dom, wiedźma zatrzymała go łapiąc za ramię.
- Posłuchaj mnie, wampirze... - syknęła, a Damon poczuł znowu niewiarygodny ból w ramieniu za które trzymała go Avery. - Jeśli zobaczę cię chociaż niedaleko Lily to nie dożyjesz kolejnego zmierzchu. Zrozumiano?
- Mhm... - wydukał tylko wampir w spazmach bólu.
Wtedy kobieta go puściła i ból nagle zniknął. Salvatore chwycił odruchowo za ramię i rozmasował je z niezadowolonym grymasem. Wyszedł czym prędzej z domu wiedźmy, a ta zaraz za nim zamknęła z impetem drzwi.
Przez całą drogą samochodem nie zamienili ze Stefanem ani słowa. Każdy z nich był pogrążony w swoich myślach. Stefan starał się połączyć fakty odnośnie Klausa i dojść do tego co może chcieć od Eleny. Damon natomiast zastanawiał się jak to rozegrać żeby namówić Lily i Bonnie by pomogły mu uwolnić Katherine z grobowca i nie zostać zamordowanym przez wściekłą Avery. Jak na razie wydawało się to niewykonalne. Jednak kochał Katherine i nigdy nie był tak bliski uwolnienia jej jak w tym momencie.






Lily siedziała w pokoju, który dawniej należał do jej matki. Był całkowicie zwyczajny. Ściany były pomalowane na beżowo, boazeria była w kolorze mahoniu, podobnie jak podłoga, szafa, biurko i rama łóżka. Jedną rzeczą, która nie pasowała do konserwatywnego, klasycznego wnętrza był różowy, frędzlowaty dywan na którym leżała dziewczyna patrząc się w sufit. Babcia była bardzo konserwatywna i jej matce nie wolno było mieć niczego w pokoju co sama wybrała, bo w oczach Avery Blackwell uchodziło to za brzydkie, kiczowate i niegodne dziewczynie z takiej rodziny. Jednak podobno Leonie strasznie na tym zależało by mieć coś swojego. Matka w końcu się zgodziła, ale tylko na dywan. Matka Lily wściekła na Avery kupiła najbardziej kiczowaty i nieodpowiedni dywan jaki tylko był w sklepie.
Dziewczyna usłyszała pukanie, jednak nawet nie drgnęła.
- Lily, mogę wejść? - usłyszała łagodny głos babci.
Nie odpowiedziała, ale usłyszała skrzypnięcie otwieranych drzwi.
- Znowu leżysz na podłodze..? - westchnęła kobieta. - Przecież wiesz, że nie powinno się...
- A powinno się okłamywać ludzi? - odezwała się wreszcie Lily, a jej głos był chłodny i jakby nieobecny.
Starsza czarownica westchnęła ponownie zamykając za sobą drzwi i siadając na łóżku.
- Twojej matce zależało żebyś nie wiedziała. Musiałam uszanować jej wolę. Miałam zamiar ci powiedzieć kiedy będziesz mieć osiemnaście lat i sama będziesz mogła decydować o tym czy chcesz magię, czy też jej nie chcesz.
- Więc mama jej po prostu nie chciała? - w jej głosie pojawiła się maleńka iskra zaciekawienia topiąca powoli lód obojętności i wściekłości.
- Zrezygnowała z niej, przestała jej używać po prostu.
- Dlaczego? - spytała podnosząc się do siadu i spoglądając na swoją babcię.
- Nie mam pojęcia - skłamała staruszka. - Może ci kiedyś to opowie.
- Nie sądzę... - westchnęła kładąc się z powrotem.
- Ale skoro już wiesz to myślę, że możesz sama dokonać wyboru...
- To nie może być takie łatwe, że po prostu chcę żeby coś się stało i to się dzieje... - zaczęła dziewczyna.
Na twarzy Avery pojawił się delikatny uśmiech, którego leżąca na podłodze Lily nie była w stanie ujrzeć. Wiedźma wyczuwała zainteresowanie magią w swojej wnuczce. Liczyła na to że uda jej się zainteresować nią Lily na tyle żeby zdecydowała się na życie prawdziwej czarownicy, a nie kogoś kto wyrzekł się swojej rodziny i pochodzenia. Zawsze marzyła, żeby wyszkolić córkę na potężną wiedźmę. Z jej własną się to nie udało, ale Lily miała potencjał i Avery liczyła na to, że z nią się uda.
- Oczywiście, że nie. Ale od czego są księgi zaklęć.
- Babciu, ja nawet nie wiem, czy odziedziczyłam jakąkolwiek moc...
- Zapewniam cię, że odziedziczałaś i jest ona potężniejsza niż moja, czy twojej matki.
- Przez tego wampira?
- Tak, wbrew naszym oczekiwaniom odwalił kupę dobrej roboty.
- Ale czemu mi pomógł? Wampiry chyba nie rozdają swojej krwi byle komu i raczej nie ratują śmiertelnikom życia. Przynajmniej tak mówiłaś...
-  Bo tak jest. Nie mam pojęcia czemu ten wampir, ani czemu dał ci swoją krew - skłamała ponownie. - Ale przez to stałaś się potężniejsza i chętnie ci to udowodnię - dodała po czym wyszła. Po chwili wróciła z opasłą księgą i trzema świeczkami. Postawiła świeczki na biurku, a przed nimi księgę, którą otworzyła na odpowiedniej stronie.
Lily wstała z podłogi i podeszła do babci.
- Dzięki temu zaklęciu możesz je podpalić - wyjaśniła wskazując formułkę na pożółkłych stronach księgi. - Musisz tylko ułożyć dłonie, o tak... - kontynuowała. Chwyciła ją za dłonie i ułożyła je nad świeczkami. - Wypowiedzieć zaklęcie i uwierzyć, że świeczki zapłoną.
Lily westchnęła i spróbowała. Wymówiła dziwnie brzmiące zaklęcie, jednak knoty świeczek nawet nie ściemniały.
- Nie przejmuj się. Nikomu nie wychodzi za pierwszym razem. Spróbuj jeszcze raz. Musisz poczuć ten ogień, który chcesz wzniecić całym ciałem.
Dziewczyna spróbowała ponownie, jednak znów nic z tego nie wyszło.
- To bez sensu... Nie potrafię - jęknęła zrezygnowana.
- Oczywiście że potrafisz. Spróbuj jeszcze raz.
Lily naprawdę chciała wierzyć w to że potrafi, w to że jest wyjątkowa, w to że nie jest wcale gorsza od tych wszystkich popularnych dzieciaków. Skupiła się maksymalnie i wymówiła powoli i dokładnie słowa zaklęcia, poczuła rozchodzące się po jej ciele ciepło, zamknęła oczy i wymówiła zaklęcie jeszcze raz. Gdy ponownie otworzyła oczy wszystkie świeczki pięknie się paliły.
- Widzisz, Lily? Potrafisz.
Dziewczyna omal nie rozpłakała się ze szczęścia. Potrafiła, umiała, była wyjątkowa.
- Musisz jeszcze coś wiedzieć o tym zaklęciu. Używa się go jako pierwsze zaklęcie, którego uczy się młode czarownice, jednak zawsze wykonuje się je na jednej świeczce, a zwyczajnym czarownicom,  jak ja czy twoja matka udaje się ją zapalić dopiero za kilkunastu próbach.
- N-naprawdę? - spytała dziewczyna z niedowierzaniem.
- Tak Masz wielką moc. - odparła Avery zgodnie z prawdą. - To co, od jutra zaczynamy lekcje? - spytała z uśmiechem malującym się na jej twarzy.
- Nie mogę się doczekać - odparła Lily z uśmiechem.

wtorek, 16 czerwca 2015

Rozdział 4



Z bagażnika samochodu wyszła wciąż jeszcze trochę przerażona dziewczyna. Była cała umazana krwią.
Co?! Jaką krwią?! Błagam... Żeby to nie było to na co wygląda... Nie, Damon chyba nie byłby tak bezduszny żeby ranną ją wrzucić do bagażnika.... 
Stefan nie był pewien czemu, ale wydawało mu się, że to raczej niemożliwe. Sam nie rozumiał czemu nagle uwierzył, że jego brat, który już dawno zapomniał o człowieczeństwie nie byłby w stanie zrobić niczego co w jakiś sposób mogłoby skrzywdzić tą dziewczynę. Po prostu to wiedział. Czuł to. Zdawała się być zbyt krucha, zbyt niewinna, zbyt delikatna żeby ktokolwiek chciał zrobić jej krzywdę.
To nie była Elena. Ta dziewczyna nie wyglądała na taką, która pakowałaby się w niebezpieczeństwo. Była taka... ludzka. A Damon takimi kobietami szczerze gardził. Jednak jej nie ciągnął za ramię jak więźnia, jak to miał zwykle w zwyczaju gdy chciał się kogoś szybko pozbyć i pokazać, że jego towarzystwo jest dla niego katorgą. On ją prowadził, powoli i delikatnie. To zaskoczyło Stefana. Jednak Damon minę jak zwykle miał nadętą i niezadowoloną.
- Lily? Lily Jones - spytała w szoku Elena. - O Boże... Damon. - omal się nie roześmiała. - Uratowałeś Lily Jones - Na twarzy Eleny jednocześnie malowało się zdziwienie i rozbawienie.
- Co ty nie powiesz? - zironizował Damon.- Z resztą nie uratowałem tylko zabiłem jakiegoś durnego, młodego wampira przez którego moglibyśmy mieć kłopoty.
Ku zdziwieniu Stefana młoda dziewczyna roześmiała się słysząc coraz bardziej wkurzonego Damona.
- Jasne jasne... - powiedziała z rozbawieniem. - Po prostu przyznaj się, że ciebie też bawi ratowanie dam w opałach.
Wszyscy spojrzeli na nią ze zdziwieniem. Stefan wraz z Eleną i Lily roześmiali się w głos. Damon natomiast zrobił obrażoną minę i niedbale popchnął Lily na Stefana, który ze śmiechem złapał dziewczynę w pasie.
- Widzę, że wbrew pozorom jesteś odważna. Żeby wkurzyć mojego brata trzeba nie lada odwagi - stwierdził z rozbawieniem patrząc jej prosto w jej błękitne oczy. - Wejdziesz? - spytał wskazując dłonią na ich rezydencję.
- No jasne...- Damon wywrócił wymownie oczami. - Może jeszcze przeniesiesz ją przez próg - ponownie zironizował.

Znalezione obrazy dla zapytania chłopak niesie dziewczyne- W sumie czemu nie - stwierdził Stefan puszczać do niej oczko i złapawszy ją pod kolanami uniósł jakby ważyła tyle co nic.
Dziewczyna pisnęła najpierw tracąc nagle grunt pod stopami, ale potem roześmiała się w głos, a śmiech jej był wdzięczny i radosny, pełen ulgi, prawie jakby baaardzo dawno się nie śmiała. Było to prawdą. Od śmierci brata nie śmiała się prawie wcale. Jednak przy Stefanie mimo, iż ledwo go poznała czuła się swobodnie. Jakby przyjaźnili się od lat. Jak rzadko czuła gdzieś w głębi duszy, że się dogadają i za przyjaźnią.
Damon był wściekły. Jak to było możliwe? On musiał spędzić całe popołudnie żeby dziewczyna choć trochę zaczęła mu ufać, a jego bratu pozwala się nieść na rękach. Gdzie tu sprawiedliwość?
Humor znacznie mu się poprawił gdy spojrzał na Elenę była jeszcze bardziej wściekła niż on.
Zazdrosna, pomyślał z rozbawieniem. W sumie ma o co... 
Lily niczego nie brakowało. Do tego nie onieśmielała facetów. Była tak... uroczo niewinna. Co prawda to nie była Katherine i nie była do niej wcale podobna, ale miała coś w sobie... Coś czego Damon nie był w stanie jednoznacznie nazwać, czy wyjaśnić.
Takie.... Takie wewnętrzne światło?
- Zazdrosna? - spytał Damon z rozbawieniem.
Elena nie odpowiedziała. Zgromiła go tylko spojrzeniem.
- Masz o co... - dodał Damon przeciągle udając rozmarzenie. Po czym wyminął ją i wszedł do środka.
Dlaczego to zrobił? Żeby ją wkurzyć, żeby odegrać się za ten miesiąc podczas którego musiał się patrzeć na ich ciągłe migdalenie, żeby zobaczyć jej bezcenną minę, a może żeby się trochę zabawić? Sam nie był pewien. Chyba dla wszystkiego po trochu.
Jednak gdy weszli jego rozbawienie znowu minęło. Stefan siedział sobie jak gdyby nigdy nic z Lily na sofie, obejmował ją ramieniem i pomagał jej się ściereczką wytrzeć z krwi.
- To chyba nie wiele daje... - powiedziała ze szczerym uśmiechem dziewczyna.
- Chyba masz rację... - odparł cicho mężczyzna wpatrując się w nią z taką miną, że Damon już wiedział co się święci. Już chciał interweniować, ale uprzedziła go Elena wciskając swoje cztery litery pomiędzy swojego chłopaka, a dziewczyną, która go tak zafascynowała. Zgromiła Stefana wściekłym spojrzeniem.
Damon opadł na fotel naprzeciwko nich i z rozbawieniem pokazał bratu ruchem dłoni że już jest martwy. Tak, Elena była zdecydowanie wściekła. Już wcześniej była, a tym maślanym spojrzeniem Stefan dolał tylko oliwy do ognia.
- To skoro Elena już rozdzieliła nasze gołąbki to może porozmawiajmy o konkretach, a potem pozwolimy się Lily umyć, bo w tym stanie jest zdecydowanie zbyt kusząca...
Zarówno Lily jak i Elena wywróciły wymownie oczami na jego słowa.
- Dla Stefana - poprawiła się unosząc dłonie w obronnym geście.
Oczy jak noże. Aż dziw, że Elena nie zabiła go za te słowa. Lily podeszła do tego zdecydowanie spokojniej, bo jedynie wywróciła ponownie oczyma. Stefan nawet go nie usłyszał patrząc na blondwłosą dziewczynę.
- O jakich konkretach mówisz? - spytała szorstko Elena.
- Po pierwsze... Dlaczego ten reporter zaatakował Elenę? A po drugie... Kto go do cholery przemienił?
- On... On mówił mi, że mam pozdrowienia od Klausa i, że on niedługo przyjdzie po mnie...
- Klaus? - Damon zmarszczył brwi.
- Na mnie nie patrz... Nie wiem kto to... - stwierdził Stefan.
- To... - zaczęła Lily. Jednak zamilkła.
- Znasz go? - spytała ze zdziwieniem Elena.
- Nie... Chodzi o to że moja babcia często opowiadała mi bajki kiedy byłam mała. To nie były takie zwykłe bajki. Były w nich wampiry, wilkołaki i wiedźmy. Ale Klaus był wyjątkowy. On był pół na pół... On był pół wilkołakiem, pół wampirem, hybrydą.
- Twoja babcia opowiadała ci bajki o wilkołakach i wampirach? To chyba nie jest do końca normalne... - stwierdził Damon marszcząc brwi.
Stefanowi zaczęło coś świtać w głowie.
- Czy... Czy było coś charakterystycznego w tych opowieściach?
- Właściwie... To chyba nie. Zawsze dobra czarownice pokonywały złe wampiry....
Teraz i Damon zrozumiał dlaczego jego brat o to zapytał. Spojrzeli równocześnie na siebie wymieniając znaczące spojrzenia.
- Jak nazywa się twoja babcia?
- Avery Blackwell ... Ale czemu pytasz?
Teraz wszystko było jasne. Lily pochodziła z rodu Blackwellów, potomków słynnych czarownic z Paney, równie potężnych co te z Salem. Bracia Salvatore dobrze znali Blackwellów. W rodzie tym były same kobiety. Nie wychodziły za mąż, bo nie chciały zmieniać nazwiska, z którego były tak dumne, jednak wydawały na świat potomstwo, któremu od dziecka wpajały nienawiść do wampirów i bezgraniczne oddanie rodzinie. Z wilkołakami dawno temu zawarły pakt, więc żyli ze sobą w zgodzie. Z resztą czarownice z Blackwellów często wydawały na świat potomstwo wilkołaków co sprawiało, że  nowe czarownice były jeszcze silniejsze. W wypadku urodzeniu chłopca na ogół dusiły dziecko.
Każdy wampir wie, że te kobiety są szalone w najgorszym tego słowa znaczeniu, mają silny instynkt macierzyński i są gotowe zrobić wszystko żeby ratować swoje dzieci. Jednak gorszą sprawą jest to że zwykły zabijać wampiry, a miały na tyle silną moc że szło im to z zadziwiającą łatwością.
Damon i Stefan wymienili znów ze sobą pełne niepokoju spojrzenia.
- To całkiem sporo wyjaśnia... - westchnął starszy z braci.
- Nie rozumiem... - Lily zmarszczyła nosek.
- A co szanowna babcia nie pochwaliła się że jest wiedźmą? - spytał Damon z kpiną.
- Że czym? - spytała blondynka w szoku, a Elenia szczęką opadła. - Nie przesadzajmy... Może jest nieco... ekscentryczna i nie jest zbyt miła dla obcych, ale... - mówiła patrząc raz na Damona raz na Stefana. - Chwila... To nie są tylko przypuszczenia. Wy to wiecie na pewno.. - powiedziała niemal szeptem zasłaniając sobie dłonią usta. Widziała ich spojrzenie, widziała że oni byli tego pewni.
Zaczęła się naprawdę bać... Jej babcia była czarownicą? Czy to znaczyło że ona też nią jest? A jej matka? Już naprawdę nie wiedziała co o tym myśleć.
- Dobrze, za duszo faktów wyszło na jaw jak na jeden wieczór. - Damon wstał z fotela. - Zaprowadzę cię do łazienki żebyś się umyła. Damy ci jakieś ciuchy na przebranie... Dzisiaj będziesz spała tu. To całkiem spory dom. Znajdziemy ci jakąś sypialnię - powiedział dość łagodnie.
Jedno spojrzenie i Stefan już wiedział, że  jego brat ma plan.
Lily będąca wciąż w lekkim szoku skinęła głową tylko i gdy Damon wyciągną do niej rękę dała sobie pomóc wstać, a następnie wraz z nim udała się na górę. Damon w milczeniu prowadził ją długimi korytarzami, co chwila mijali jakieś drzwi. Jednak on wiedział gdzie idą. Zatrzymał się dopiero przy właściwych i otworzył je wpuszczając ją przodem.
Dziewczyna cały czas myślała o babci. Czy to było możliwe żeby ta kobieta, która tak doskonale zastępowała jej matkę, była wiedźmą? Czy to możliwe żeby ją okłamywała przez tyle czasu? Czy zamierzała jej to w ogóle powiedzieć?
Czuła jak lepi się od krwi z bagażnika. Czym prędzej zdjęła bluzkę. Odwróciła się żeby ją położyć gdzieś i zobaczyła przyglądającego jej się Damona. Stał obok zamkniętych drzwi oparty nonszalancko o ścianę i przyglądał jej się ni to z rozbawieniem, ni to z zaciekawienie.
- Na co czekasz? - spytała go niezbyt uprzejmie Lily.
- Właściwie to na to, ale nie byłem pewny czy się uda... - powiedział z tym swoim uśmieszkiem. - A teraz czekam na ciąg dalszy...
- To się nie doczekasz - warknęła. Otworzyła drzwi wypchnęła z łazienki Damona i zamknęła je starannie.
Co za młotek! Głupota co poniektórych naprawdę mnie przerasta. Na co on liczył?! Że co? Że rzucę mu się w ramiona po tym jak dwa razy chciał mnie zahipnotyzować, zabił na moich oczach, porwał i wrzucił do bagażnika?! Niedoczekanie!







Damon zszedł na bardzo rozbawiony. Śmieszyła go jej nieuwaga, speszenie i wściekłość.
Gdy wszedł do salonu Elena właśnie robiła wykład jej bratu na temat noszenia i patrzenia się w ten sposób na inne dziewczyny.
- Wyrzuciła mnie z łazienki.. - poskarżył się bratu Damon udając zrozpaczonego.
Stefan roześmiał się.
- Ma pazurki... - stwierdził z rozbawieniem.
- Aniołek z pazurkami - dodał jego brat.
Obaj roześmiali się.
Mieli całkiem inne gusty odnośnie wszystkiego poza samochodami. Ostatnią kobietą, która na nich obu wywarła tak wielkie wrażenie był Katherine. Co ciekawe Lily nie była w typie ani Damona, ani Stefana, a do Katherine nie była podobna wcale, wręcz była jej całkowitą przeciwnością. Morze właśnie właśnie przez to ich do niej ciągnęło? Przez to że była taka inna od wszystkich, wyjątkowa.






Delikatne promienie słońca wpadające do pokoju zbudziły Lily z dziwnego snu. Śniła o wampirach i o wiedźmach. Ucieszyła się, że to wszystko był tylko sen.
Wzięła głęboki oddech i spojrzała w stronę okna. Wtedy napotkała spojrzenie leżącego obok niej Damona. Obejmował ją ramieniem, a to na czym spała okazało się nie byś poduszką lecz jego torsem.
Pisnęła przerażona, odsunęła się od niego jak najdalej mogła i czym prędzej, odruchowo przykryła się jeszcze bardziej kołdrą.
- Ja też się cieszę, że cię widzę... - powiedział Damon, a delikatny, rozbawiony uśmieszek igrał na jego ustach.
Wtedy Lily zrozumiała, że to nie był tylko sen, to była rzeczywistość.
- Co ty tu robisz?
- Leżę... - odparł przeciągając się.
- To widzę - odwarknęła zdenerwowana dziewczyna.
- Śniłaś o mnie - wymruczał jej to ucha. - Mówiłaś przez sen moje imię... - skłamał.

Lily fuknęła niczym rozjuszona kotka odpychając go od siebie i wstając z łóżka.
- Długo tu jesteś? - spytała.
- Praktycznie całą noc. Często nie mogę usnąć, a i budzą się dość wcześnie, a tu przynajmniej miałem jakieś towarzystwo.
- Nie mogłeś iść sobie do brata?
- Zwariowałaś? Ja nie lubię trójkącików, a poza tym Elena jest zbyt święta na takie zabawy - odparł rozbawiony. - A właśnie... Ona już poszła, bo chciała się spotkać z Bonnie, ale zanim poszła tak na dobre to przyniosła ci jakieś ciuchy. Może będą dobre - dodał wskazując na ubrania leżące na krześle.
Lily omal się nie zaczerwieniła jak zrozumiała że Elena zobaczyła ja tu jak śpi z Damonem.
Podeszła do krzesła, zabrała ubrania zamaszystym ruchem i udała się do łazienki z głową wysoko uniesioną do góry.
Damon patrzył na nią z rozbawieniem jak się obraża na niego i idzie do łazienki. Najzabawniejsze w tej całej scence było chyba jednak to że całkiem zapomniała, że ma na sobie jedynie nieco na nią przydużą koszulkę Stefana, która podniesiona nieco przez piersi zasłaniała jej jedynie tyłek i to ledwo, ledwo.
Lily wyszła wreszcie z tej felernej sypialni i udała się w stronę łazienki, w której była ostatnim razem, ale za nic nie mogła jej znaleźć. Wtedy spotkała Stefana, który najwyraźniej także czegoś szukał.
Wytrzeszczył oczy na jej widok i zamrugał kilka razy.
- Szukam łazienki... - wyjaśniła zastanawiając się nad jego dziwną reakcją na jej widok. Czyżby była gdzieś brudna?
- Yyyyy... - Stefan wyraźnie się zapatrzył i nie wiedział o co chodzi. - Prosto, prosto... Przedostatnie drzwi. - odparł gdy już skojarzył o czym do niego mówiła.
Dziewczyna odpowiedziała mu uśmiechem.
- Em... Dobrze ci się spało?
- Szczerze powiedziawszy tak średnio. Coś mi nieco przeszkadzało...
Stefan na jej słowa omal nie spłoną rumieńcem jak jakiś dzieciak. Czyżby aż tak ich było słychać jak się z Eleną ,,przepraszali"?
- Przykro mi... - wydukał.
- Przecież to nie twoja wina - odparła pogodnie.
Wtedy Stefan już całkiem zbaraniał. Jak to nie jego wina? Jak to on przepraszał w ten sposób Elenę, a i jego też pewnie było trochę słychać.
- N-no tak... Nie widziałaś może Damona?
Lily wskazał na drzwi sypialni, w której spała. Stefan nie wiedział, w której dokładnie spała, więc podziękował jej tylko i udał się tam.
Zapukał oczywiście najpierw.
- Nie musisz pukać, Skarbie.... - usłyszał głos swojego brata. Parsknął śmiechem i otworzył drzwi. 
- To miło, ale nie mów tak do mnie bo się zaczerwienię - powiedział Stefan do brata leżącego jeszcze w łóżku.
Damon rzucił w niego niezadowolony poduszką. Stefan złapał ją zanim w niego uderzyła.
- Zbieraj się - zarządził Stefan. - Musimy jakoś namówić Lily żeby pogadała z babcią o Klausie, żeby jej powiedziała czemu może chcieć od Eleny.
- Ja też mam do Pani Babci kilka spraw...
- Byle nie za dużo skapnie się jak Lily zacznie się jej tak wypytywać...
- Dlatego mam inny plan...